W zapadłym zakątku wsi Święcany, w przysiołku „Ryczak”, przy drodze pod lasem, stało stare ogromne karczmisko z sienią zajezdnią, z podsieniami, w stylu staropolskim zbudowane. Nad drzwiami widniał napis „Zajazd pod czerwoną wroną”. Karczma ta miała dwie izby, jedną ogromną, w której odbywała się sprzedaż wódki i służyła jako sala dla tańczących tu wesel i do wszelkiego rodzaju zabaw, druga zaś mniejsza, służyła jako pokój gościnny dla starszych i poważniejszych gazdów. Było to jeszcze za czasów pańszczyźnianych w epoce panowania „Sasów”. Wódka naówczas była bardzo tania, bo kwarta śmierdziuchy kosztowała podobno aż 4 centy. To też gazdy bez przerwy przesiadywali w karczmie nawet po 3 dni, nie pokazywali się w domu, a nawet nocowali w karczmie nawet po 3 dni, nie pokazywali się w domu, a nawet nocowali w karczmie i doszło do tego, że gosposie posyłały im nawet jedzenie do karczmy. Karczmę tę dzierżawił u dworu żyd Ślama, a że był paradny i kredytu nie skąpił, miał ciągle całą masę gości, zwłaszcza w czas zapustów, gdy zabawy i tańce odbywały się tam codziennie, to też pijaństwo uprawiano nałogowo.
Nie pomogły kazania i nawoływania ówczesnego proboszcza do poprawy, orgie pijackie trwały dalej i byłby może niejeden gazda, przetrwoniwszy majątek w karczmie, powędrował za kawałkiem chleba o żebraczym kiju, gdyby nie zrządzenie Boskie.
Właśnie w karczmie tańczyło wesele, gdy tamtędy przejeżdżał ksiądz z ostatnią pociecha do chorego. Rozbawieni goście weselni, upojeni wódką, nie oddali na głos dzwonka należnej czci Bogu a nawet żaden z nich nie uklęknął – z wyjątkiem jednego skrzypka, który wyszedł wówczas na pole i ukląkł na jedno kolano. Zauważył to przejeżdżający ksiądz i zaklął: „Bodaj się już raz zapadła ta przeklęta karczma” i pojechał dalej.
Jakież było zdziwienie, gdy w parę chwil, wracając od chorego, nie spostrzegł ani znaku z karczmy, zapadła się bowiem wraz z całem weselem i nikt nie ocalał prócz owego skrzypka, a na jej miejscu pozostały tylko dwa otwory, do wnętrza ziemi prowadzące, z których wydobywały się przez długi czas jęki, podobne do śpiewów weselnych, a nawet słyszano i grająca muzykę. Z zapadniętej zaś karczmy miało wypływać podziemnym kanałem stado kaczek, w miejscu dziś zwanym „Kaczyniec”.
Później, pastuchy pasący tam bydło, wrzucali do owych otworów kamienie, kawałki drzewa itp., a gdy raz z psoty wrzucił jeden pastuch drugiemu czapkę do owego otworu, to wyrzucało mu coś czapkę z powrotem, pełną złotych pieniędzy. Starano się różnymi sposobami otwory te zasypać – jednak nie potrafiono, aż same wreszcie się zasypały.
Źródło: "Piotr Wenc pisarz ludowy ze Święcan"
Wydawca: Stowarzyszenie Miłośników Skołyszyna i Okolic w Skołyszynie
ISBN 83-86744-75-8
Rok wydania 1997